Trudny wybór
Z wyborów prezydenckich większość nie jest zadowolona. I to nie większość wyborców, ale większość głosujących. Chyba że wybory kończą się w pierwszej turze. Tak było tylko raz, gdy w roku 2000, walcząc o powtórny wybór, Aleksander Kwaśniewski już w pierwszej turze zdobył 53,9 procent głosów. Nawet wtedy, przy frekwencji 61 procent, swojego prezydenta miało jednak tylko 33 procent Polaków.
W roku 1990 pierwsza tura przyniosła Lechowi Wałęsie niespełna 40 procent głosów. Przy frekwencji 60,6 procent oznaczało to poparcie mniej niż jednej czwartej uprawnionych. W drugiej turze Wałęsa zdobył aż 74 procent głosów, ale frekwencja była dużo niższa (53,4 procent). Poparcia udzieliło Wałęsie mniej niż 40 procent wyborców.
W roku 1995 Aleksander Kwaśniewski zdobył w pierwszej turze 35,1 procent głosów. Przy frekwencji 64,7 procent dało to poparcie niespełna 23 procent wyborców. W drugiej turze Kwaśniewski pokonał Wałęsę, zdobywając 51,7 procent głosów, przy frekwencji 68,2 procent. Poparło go nieco ponad 35 procent wyborców.
W roku 2005 pierwsza tura przyniosła Lechowi Kaczyńskiemu 33,1 procent głosów, co przy frekwencji 49,7 procent oznaczało poparcie nieco ponad 16 procent wyborców. W drugiej turze Kaczyński zebrał 54 procent głosów. Przy frekwencji 51 procent oznaczało to akceptację 27 procent wyborców.
Za każdym razem różnice między pierwszą a drugą turą były znaczące.
W roku 1990 by Wałęsa został prezydentem chciało 24 procent Polaków. W roku 1995 Kwaśniewskiego chciało w Pałacu Prezydenckim 23 procent, a w roku 2000 – 33 procent. W roku 2005 prezydentury Kaczyńskiego życzyło sobie 16 procent uprawnionych do głosowania. Takie były pozytywne wybory Polaków dokonywane w pierwszej turze wyborów.
W drugiej turze do grupy dokonującej wyboru pozytywnego dołączali kierujący się wyborem negatywnym, którzy z dwojga złego woleli zwycięzcę od jego kontrkandydata. W każdym (poza rokiem 2000) przypadku mniejsze zło wybierała ponad jedna trzecia osób, które ostatecznie poparły zwycięzcę. W roku 1990 przeciwko Tymińskiemu głosowało w drugiej turze 16 procent uprawnionych, w roku 1995 przeciwko Wałęsie – 12 procent, a w roku 2005 przeciwko Tuskowi – 11 procent.
To pokazuje ważną dla demokracji różnicę między pierwszą i drugą turą powszechnych, dwustopniowych wyborów prezydenckich, twierdzi Jacek Żakowski.
"Pierwsza tura mierzy poparcie dla kandydatów. Druga – niechęć do kontrkandydatów. W pierwszej możemy kierować się emocjami i sercem. W drugiej musimy kierować się rozsądkiem i poczuciem odpowiedzialności. W pierwszej możemy głosować na tego, kogo chcemy widzieć jako prezydenta. W drugiej musimy głosować na tego, kogo wolimy jako prezydenta" – ocenia Jacek Żakowski.
Żakowski stwierdza także, że wynik pierwszej tury odzwierciedla moc prezydenckiego mandatu, czyli społeczną akceptację programu i siłę moralnego prawa wcielania go w życie. Rozkład głosów oddanych w pierwszej turze wskazuje także przyszłemu prezydentowi, w jakim kierunku powinien zmieniać swój program, by sprostać oczekiwaniom możliwie największej części społeczeństwa.
Czy teza Żakowskiego jest słuszna? Obywatele każdego państwa, w tym Polski, nie idą do wyborów z różnych powodów, po części obiektywnych. Nie znaczy to, że nie wspierają prezydenta, ale znaczy to tylko że w tym jednym dniu z pięciu lat nie mogą albo nie mają ochoty go wybierać. I nie mamy dwóch czy trzech kandydatów na prezydenta (nawet w Stanach jest ich więcej niż dwóch, o czym się często zapomina, patrząc na media). Część głosów, czasem spora część, przypada na czwartego, piątego czy jedenastego kandydata.
W drugiej turze jest mniejszy wybór, wybiera się, racja, mniejsze zło. I przy mniejszej frekwencji decyduje się, kogo mniej nie lubią wyborcy.
Odpowiedzialność? W polityce i sami politycy i wyborcy kierują się głównie emocjami. Na odpowiedzialność nie ma czasu, nie ma chęci. Nie ma też wiedzy, co sprzyja kierowanie się emocjami.
Źródło: Jacek Żakowski, Teraz – za. Potem – przeciw, Wyborcza.pl, 14 czerwca 2010.
9 marca 2011
